Więckowski
| |
Więckowski, dysząc ciężko, potwierdził. Na wzgórzu Meranee peleton rozsypał się na szarym bruku jak barwne paciorki. Na szczycie przeliczyłem go jeszcze raz, brakowało z całą pewnością Cestariego. Nie byłem pewien, na chwilę ogarnęła mnie nawet rozpacz. Ale tylko na chwilę. Do mety było jeszcze kilkanaście kilometrów. Potem już w mieście, w alejce, zobaczyłem go nagle przed sobą. Miałem ogień w płucach, obrzmiały język przylgnął mi do podniebienia, ale jeszcze mocniej nacisnąłem pedały. Dopędziłem Włocha, miał twarz szarą ze zmęczenia. Przy mnie jechał Wolfs. Byłem potwornie znużony, spragniony, a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że nie wolno mi teraz pozwolić sobie na ulgową jazdę. Musiałem oderwać się od rywali. Kosztowało mnie to dużo, ale już potrafiłem walczyć i zwyciężać. Zwyciężać własną słabość. Gdy przejechałem linię mety, więcej niż ze sportowego sukcesu, cieszyłem się zwycięstwem nad samym sobą. Trudy rywalizacji jeszcze się jednak nie skończyły. Etap z Karl-Marx-Stadt do Karłowych Warów był górzysty, niezwykle trudny. Trudny tym bardziej, że rozgrywany po dniu odpoczynku, a ja potrzebowałem wtedy trochę czasu na „rozkręcenie się*'. Zaraz po starcie zawodnicy Kraju Rad zręcznie zainicjowali ucieczkę, dołączył do nich Cestari. Utworzyła się siedmioosobowa czołówka, a w niej trzej świetni kolarze radzieccy. Ścigaliśmy ich. Przeżywałem ciężkie chwile przy podejściu na Scheneberg, a potem podczas 14-kilometrowej wspinaczki na punkt graniczny w Wildenthal.
| |