| W szkole podstawowej |
|
Projekty domów drewnianych | | W szkole podstawowej byłem w klasie najniższy, najlżejszy. Z jednej strony uchodziłem za pupila wychowawców, z drugiej musiałem walczyć o „równe prawa" wśród rówieśników. I jakoś się udawało, podobnie jak potem, gdy walczyłem o swoje pozycje w sporcie. Po tokijskiej Olimpiadzie spotkałem się z opiniami - a było to efektem przeliczania wyniku w trójboju w stosunku do wagi ciała - że jestem „najsilniejszy z silnych", ale nigdy nie śmiałem przyrównywać się do mitycznego Atlasa obdarzonego nadprzyrodzoną mocą... Igrzyska w japońskiej metropolii. Jechałem tam w niewdzięczniej roli faworyta, niepewny czy udźwignę brzemię odpowiedzialności i dam radę niezrównanemu przyjacielowi i rywalowi - Marianowi Zielińskiemu i mocarzowi z Cha-barowska - Kapłunowowi. Kiedy zakończyłem występ, reprezentant Związku Radzieckiego miał jeszcze jedno podejście w podrzucie. Jeśli zaliczy zostanie mistrzem, jeśli nie, dzięki niższej wadze ciała, mnie przypadnie złoty medal. To były niesłychanie denerwujące sekundy oczekiwania. Sam nie mogłem już zmienić biegu wydarzeń, wszystko zależało od niego. Czy życzyłem mu powodzenia? Szczerze mówiąc - nie, raczej nie, zresztą czy ktokolwiek na moim miejscu myślałby inaczej? Czy mogłem mieć o to do siebie pretensje? Łoskot spadającej sztangi przyjąłem z ulgą. Najszlachetniejszy olimpijski kruszec, najcenniejsze trofeum sportowe stało się moją własnością, ale radość nie była pełna, moje szczęście miało niedostrzegalną dla nikogo, głęboko ukrytą skazę. W Meksyku wyprzedziłem drugiego w konkursie Irańczyka Jalayera aż o 15 kg. Zwycięstwo było bezdyskusyjne, przekonujące, niepodważalne, bez żadnej rysy. Takie o jakim zawsze marzyłem..." usługi remontowe Wrocław | księgowa z wrocławia | wykopy Wrocław |